Zanim opowiemy o jednym z najważniejszych gramofonów w historii, musimy zrobić coś, czego zazwyczaj nie robią historie Technicsa.
Na chwilę zapomnieć o Technicsie.
Są takie odsłuchy, do których człowiek siada z zamiarem sprawdzenia sprzętu, a po kilkunastu minutach orientuje się, że przestał cokolwiek sprawdzać.
Tak właśnie było i tym razem.
Po bardzo udanym spotkaniu Cyberneta Minipack 50 z Tannoy 632 przyszła kolej na większe Tannoy 633. Spodziewałem się różnicy. W końcu to kolejny model w rodzinie. Nie spodziewałem się natomiast, że tak trudno będzie tę różnicę nazwać.
Bo przecież 632 niczego nie brakowało.
Były w historii polskiego sprzętu audio urządzenia bardziej ambitne. Były droższe, mocniejsze, bardziej prestiżowe. Radmor potrafił robić wrażenie, duże zestawy Unitry były przedmiotem marzeń, a urządzenia z wyższej półki oglądało się czasem bardziej w katalogach niż we własnym pokoju.
A potem był Amator.
Niepozorny, szeroki, niski amplituner z Dzierżoniowa, który nie miał udawać sprzętu dla audiofilskiej elity. Miał trafić do domu. Na regał, meblościankę, półkę obok gramofonu i magnetofonu. Miał odbierać radio, pozwolić podłączyć źródło dźwięku, dwie kolumny i — co najważniejsze — dać zwykłemu użytkownikowi stereo.
I właśnie dlatego zasługuje na miano legendy.
Nie każdy odsłuch zaczyna się jak test.
Czasem zaczyna się od sprzątania.
Od przesuwania rzeczy z miejsca na miejsce, układania, porządkowania, robienia tego wszystkiego, co człowiek odkłada przez kilka dni, a potem w końcu dochodzi do wniosku, że już trzeba.
W tle ma grać muzyka.
Tylko tyle.
Drzwi do historii — czasem jeden przedmiot wystarczy, żeby otworzyć znacznie większą opowieść.
Są przedmioty, które nie próbują być dyskretne.
Ten zdecydowanie do nich nie należy.
Mały dzbanek, cukiernica, mlecznik, sześć miniaturowych filiżanek i taca. Wszystko pokryte złotem tak intensywnie, że postawione pod światłem zaczyna działać niemal jak lustro. Białej porcelany zostało właściwie tyle, ile potrzeba, żeby przypomnieć, z czego ten zestaw naprawdę wykonano.
A potem odwracamy tacę.
Ćmielów. Made in Poland.
W poprzedniej części zostawiliśmy go na stole.
Francuska marka. Japońska produkcja. Wielka gałka głośności, dwa wychyłowe wskaźniki i wnętrze, które od pierwszego spojrzenia sugerowało, że ta historia będzie znacznie ciekawsza, niż wskazywałaby nazwa na przednim panelu.
Nazwaliśmy go Bagietą.
Trochę żartobliwie. Pathé Marconi, Francja, „La voix de son maître” — nazwa właściwie wymyśliła się sama.
Czasami sprzęt trafia do PioDomy dlatego, że go szukamy.
Czasami dlatego, że znamy model, wiemy, czego się po nim spodziewać i chcemy mieć go u siebie choć przez chwilę.
A czasami pojawia się coś, na co patrzymy i pierwsze pytanie brzmi:
Co to właściwie jest?
Tak właśnie było z Pathé Marconi PA 3504V.
W poprzedniej części naszej opowieści właściwie niewiele było Technicsa.
I tak miało być.
Zanim pojawiła się marka, musiał bowiem powstać świat, w którym mogła się narodzić.
Musieli pojawić się ludzie.
Laboratoria.
Fabryki.
Doświadczenie.
Musiał powstać przemysł, który jeszcze kilkanaście lat wcześniej uczył się od Europy i Stanów Zjednoczonych, a teraz coraz śmielej zaczynał zadawać własne pytania.
Jesteśmy w połowie lat sześćdziesiątych.
Są urządzenia, które sprzedajemy i zapominamy.
Są takie, które pamiętamy dlatego, że były wyjątkowe.
I są wreszcie takie, których sprzedaż po latach nadal trochę uwiera.
Dla mnie jednym z nich był Kraus KPA-100.
Są takie dni, których nie da się zaplanować.
Wracasz z wyprawy. Do warsztatu trafia kolejna para kolumn. Nie kupujesz ich z przekonaniem, że właśnie znalazłeś świętego Graala. Kupujesz je z ciekawości.
Tak było i tym razem.
Do PIODOMY trafiły Tannoy 632.











